Postaw mi kawę na buycoffee.to

Outland TIE Fighter to kolejny model, drugi i ostatni, jaki Revell wypuścił sygnując pudełko grafiką z serialu The Mandalorian. Dla przypomnienia pierwszy, najbardziej oczekiwany to Razor Crest.
Ciężko tym razem stwierdzić czy model to wznowienie czy nowe formy. To zależy jaką wersję chce się zbudować. Tak naprawdę jest to stary model wydany w 2011 roku z dodatkowymi, odświeżonymi ramkami. Czyli prawie dwa modele.

Zacznijmy jednak od pudełka. Jak wspomniałem, jest ono stylizowane na grafikę z serialu Mandalorianin. Dlaczego Tie Fighter w tym serialu? A to za sprawą pojawienia się pod koniec pierwszego sezonu tegoż myśliwca ze składanymi skrzydłami. Jak dla mnie to był najfajniejszy moment całego sezonu. Składane skrzydła dawały możliwość łatwiejszego lądowania pojazdu, a tym samym takiego samego wydostania się pilota z kabiny bez konieczności specjalistycznych platform czy drabinek.

Pudełko posiada nie tylko grafikę, ale i informacje techniczne. Zestaw zawiera 51 części plastikowych. Znajdziemy tam też informację o długości modelu, skali oraz poziomie trudności. Jeśli chodzi o skalę, to dzieląc długość płata modelu przez oficjalne dane, skala wyjdzie 1:43, przy podzieleniu wysokości dostajemy wartość 1:46. W jednym i drugim wypadku model będzie odpowiedni do systemu Star Wars: Legion. Jak można wywnioskować, już same panele słoneczne nie mają odpowiednich proporcji. Co tyczy się poziomu trudności, to wychodzi na to, że pudełkowy Level 3 odpowiada modelom na wcisk. O łatwości takiego składania napiszę później.
Na opakowaniu znajdziemy również informacje techniczne, wygląd modelu po złożeniu oraz zestaw sugerowanych kolorów jaki możemy użyć przy wykańczaniu modelu.

Otwierając pudełko, wyleci z niego kilka woreczków z częściami plastikowymi, instrukcja, pilot oraz części przeźroczyste. Części plastikowe są już stylizowane kolorem na docelową barwę Tie Fightera.

Zacznijmy od instrukcji. Ta jest wydrukowana na kolorowym papierze. W niej również znajdziemy wprowadzenie oraz rozpiskę kolorystyczną.

Jak wspomniałem wcześniej, mimo iż w pudełku są praktycznie dwa modele (bez kilku części) to kolorowe strony posiadają jedynie wersję odświeżoną. Stare części są zwyczajnie zaczernione. Dalsze strony milczą na temat starej wersji z całymi skrzydłami.

Oczywiście wraz z nowymi częściami jesteśmy w skanie zbudować model w trzech stanach. W locie, po wylądowaniu oraz w pozycji pośredniej. Budowa wszystkich stanów jest jasno wyjaśniona na poszczególnych kartkach instrukcji.

Zanim zagłębimy się w meandry części i porównanie wersji, skupmy się jeszcze na drobiazgach.

Pilot, nie jest szczytem marzeń modelarskich. Z daleka może i przypomina pilota Tie, ale wystające z niego końcówki na łączeniach form przywodzą na myśl bardziej Wookiego niż elitę Imperium.

Oszklenie prezentuje się bardzo fajnie. Wszystko krystalicznie czyste. Żadnych zniekształceń. Niestety tylko jeden komplet. Właśnie przez to nie można zbudować z zestawu dwóch kompletnych modeli. Problemem jest oszklenie górnego włazu. Niestety umiejscowienie otworów mocujących zawias powoduje, że są one widoczne po założeniu docelowej plastikowej części maskującej oszklenie. Bardzo złe rozwiązanie.

Podstawka, to część z 2011 roku. Cztery części, bardzo toporne, ale w sumie mają utrzymać ciężar tego kolosa. Inna sprawa, że po osadzeniu myśliwca na niej, to trzyma się on raczej na słowo honoru.

Wnętrze kabiny również jest ze starej wersji i tylko po jednej sztuce każdej części. Również tyczy się to przedniego panelu znajdującego się za owiewką. Właśnie on wystarczyłby (plus przednie oszklenie) do zbudowania dwóch osobnych modeli z jednego zestawu. Wykonanie raczej średnie i niewiele ma wspólnego z oryginałem.

I teraz przyszła najciekawsza część recenzji. Jak wspomniałem, model dostajemy w dwóch wersjach. Z częściami modelu z 2011 roku, oraz nowymi z 2021. Co by nie powiedzieć. Revell postarał się i wzbogacił stare formy o nowe detale i części, a nie tylko pociął już istniejące. Tym razem bardziej kierują się w stronę szczegółów modeli Bandai niż radosnej twórczości architektów 3D.
Poniżej porównanie poszczególnych z nich.

Skrzydła.

Kadłub. Niestety łączenia połówek wypadają w miejscach detali na przodzie kopuły, oraz na silnikach. Przy obróbce tych elementów będzie sporo pracy by zniwelować spoiny.

Działka również nowe.

Zewnętrzne łączniki skrzydeł.

Klapy i włazy

Jak widzimy trochę się zmieniło i to na plus.

Zobaczmy jeszcze jak wyglądają detale w zbliżeniu.

Dodatkowo części podwozia i klapy dla wersji w stanie spoczynku.

Na koniec porównanie tego modelu z wersją, którą Revell wypuścił do wersji 1:110, a która tak naprawdę wielkością odpowiada wersji 1:72 (w porównaniu z myśliwcem od Bandai).

Zanim przejdę do podsumowania, przedstawiam zdjęcie złożonego zestawu.

OK, na pewno fajnie, że nowe części nie są jedynie odpowiednio pocięte, ale również  mają szereg usprawnień i nowych, fajnych detali. Tak samo, że wersja serialowa pojawiła się w formie modelu. Niestety to nadal jest stary Revell. Model niby na wcisk, ale mimo użycia siły część elementów zwyczajnie nie chciała wchodzić w odpowiednie miejsca. Oszklenie górne to pomyłka. Przy użyciu nożyka ciężko jest odciąć niektóre łączenia od ramek bez uszkodzenia części. Jako prezent dla 4-latka zupełnie się nie nadaje właśnie przez trudność wydobycia części z ramek, a później ich połączenie. Inna sprawa, że części kokpitu zwyczajnie siedziały luźno w swoich mocowaniach.
Zestaw jest spoko jako lepszy/tańszy (130pln) zamiennik do systemu Star Wars:Legion oraz jako baza do przeróbki na inne wersje myśliwców TIE.

Podoba Ci się ten artykuł? Dołącz do nas na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.